Europejska trasa Gypsy Ska Orquesta

Gypsy Ska Orquesta to zespół pochodzący z Caracas w Wenezueli, doskonale znany w naszym kraju. Przede wszystkim za sprawą Victora Quero, udzielającego się także chociażby w Ziggie... więcej »

reklama

Ostróda Ska Reggae Stomp

Ostróda Ska Reggae Stomp

Ostróda Ska Reggae Stomp
2013-01-25
Ostróda
miejsce: Bar u Ździcha

Raz na jakiś czas zdarza się w nadwiślańskim ska-środowisku, że komuś strzela do głowy szalona idea z siłą tak mocną, że nie ustaje, nim nie zostanie zrealizowana. Idée fixe, którą mam tu na myśli, jest pomysł, by pośród licznych, mniej lub bardziej masowych imprez reggae, wypromować festiwal o tematyce ska. Podobnych przedsięwzięć przywołać można co najmniej kilka. Zaczęło się od legendarnego już Ska nad Bzurą w 2004 roku. Później były dwie odsłony Warsaw Ska Fever (2004, 2005) oraz Toruń Ska Night (2005). Po pewnej przerwie pojawił się jeszcze FaFa Festiwal w roku 2008 i Orneta Ska Fest w 2011. Wszystkie te wydarzenia, poza słusznie sprecyzowaną tematyką, łączą dwa kluczowe elementy. Pierwszy właściwie jest zupełnie na miejscu. Za ich organizację odpowiadają pojedyncze jednostki zafascynowane muzyką ska, budują coś z niczego, własnym ogromnym wysiłkiem tworzą imprezy, które pamiętane są przez lata. Drugi aspekt niestety nie należy już do pozytywnych. Nietrudno zauważyć, że tylko jedna z wymienionych inicjatyw doczekała się drugiej edycji, a było to, delikatnie rzecz ujmując, dawno temu. Nie pokuszę się tu o analizę przyczyn tego smutnego braku ciągłości. Pozwolę sobie za to wskazać, że najnowsza odsłona ska-festiwalowej koncepcji spełnia w moim odczuciu wszelkie warunki, by skutecznie przerwać tę niefortunną passę. Mowa tu oczywiście o Ostróda Ska Reggae Stomp.

Organizatorzy podjęli pewne wcale nie oczywiste decyzje logistyczne, które ostatecznie sprawdziły się w stu procentach. Jedna z nich to sama lokalizacja. Rozważany był Olsztyn, który przecież jest znacznie większym miastem i teoretycznie łatwiej w nim o żądnych piątkowej imprezy studentów. Postawiono jednak na Ostródę, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Doskonałe możliwości dojazdu zapewniły licznych gości z wszelkich zakątków Polski. Lokalna, skonsolidowana publiczność, skutecznie wychowana na corocznych ostródzkich festiwalach reggae również dopisała. Zamiast rozejść się na kilka konkurencyjnych imprez, co nikogo nie powinno dziwić w dużym mieście, zgodnie pojawiła się w... "Barze u Zdzicha".
Ów obiekt z całą pewnością zasługuje na oddzielne słowo uznania. Przyznaję, jeszcze na etapie planowania wyjazdu swoją dumną nazwą wywołał u mnie pewne wątpliwości i nie koniecznie dobre skojarzenia. Po przyjeździe na miejsce okazało się jednak, że jest to odpowiednio duży i całkiem profesjonalny lokal z dużą, sensownie wyposażoną sceną adekwatną do rangi wydarzenia. O poziomie obsługi gości i jakości dań serwowanych przez kuchnię do wczesnych godzin porannych niejedna stołeczna knajpa może tylko pomarzyć.
Czyjekolwiek wahania budżetowe spod znaku "iść, czy nie" musiały być w przypadku Ostróda Ska Reggae Stomp wyjątkowo krótkie i rozstrzygnięte pozytywnie. To za sprawą raczej zaskakującej ceny biletu ustalonej na poziomie 10 zł w przedsprzedaży. Na pewno była ona bardzo istotną składową frekwencyjnego sukcesu. Za 15 zł wydane przy wejściu można było przecież zobaczyć cztery naprawdę świetne zespoły, podczas gdy często znacznie więcej przychodzi zapłacić za występ pojedynczego artysty o wcale nie lepszej renomie. Takie atrakcje nie zdarzają się co dzień, co publiczność doceniła swoją liczebnością.

Nie byłoby jednak mowy o żadnych zachwytach, gdyby nie artystyczna warstwa festiwalu, która okazała się jego najsilniejszą stroną. Tak się szczęśliwie złożyło, że na miejsce udało mi się dotrzeć w akompaniamencie pierwszych dźwięków otwierających festiwal The ReCovers. Oznacza to, że umknęło mi pewnie kilka soczystych winylowych klasyków, ale i na to znalazł się czas później. Ze względu na pochodzenie istotnej części zespołu śmiało można powiedzieć, że ReCovers zagrali u siebie. Na scenie czuli się więc swobodnie, co znalazło swoje odbicie w ich graniu. Bezkompleksowe podejście do aranżacji nie tylko jamajskich numerów, doskonałe muzyczne zrozumienie brzmienia skinhead reggae, solidny warsztat instrumentalny i niebanalne możliwości wokalisty świetnie sprawdziły się w roli recepty na zapełnienie parkietu. Właściwie od pierwszych numerów pod sceną można było oglądać tańczący tłum, co bywa nie lada wyzwaniem dla wielu zespołów o zdecydowanie silniej ugruntowanej pozycji. Inna sprawa, że publiczności byłoby wyjątkowo ciężko pozostać obojętną wobec uniwersalnych hitów takich jak "Rivers of Babylon", "Monkey Man", "54-46 That's My Number", czy "You Keep Me Hanging On". Do moich faworytów należy świetna wersja "Zastanów się, co robisz" z repertuaru Shakin Dudi, i wariacja na temat "Stop That Train" wzbogacona o udany i pasujący nastrojem polski tekst zatytułowany "On już wie". Olsztyńsko-ostródzcy muzycy idealnie podgrzali atmosferę przed dalszymi występami, a jednocześnie pokazali, że stać ich na naprawdę wiele.

Zdziwiłby się ten, kto po krótkiej winylowej przerwie oczekiwałby wizualnych zmian na scenie. Otóż znakomita część składu grających jako drudzy Skautów zadziwiająco pokrywa się z muzykami ReCovers. Przez kilka pierwszych kawałków tej doskonale znanej wszystkim polskim ska-fanom ekipy, nie mogłem wyjść z podziwu, jak sprawnie i łatwo przestawili się na przecież zupełnie odmienny i jakże charakterystyczny repertuar. Był czas, kiedy do występów zreformowanych w licznych roszadach składowych Skautów podchodziłem co najmniej sceptycznie. Tym razem jednak przyszło mi docenić w pełni ich koncertowy kunszt. Może to atmosfera całej imprezy, może mała "podróż sentymentalna", ale podobało mi się w tym koncercie właściwie wszystko. Zespół został dodatkowo zasilony niebagatelną pomocą samego Skadyktatora, który nie tylko udzielał się wokalno-muzycznie urozmaicając widowisko, ale i skutecznie zagrzewał publiczność do jeszcze bardziej żywiołowych reakcji. Oczekiwane "Setka" i "Oliwa" zagrane na samym końcu były jak dla mnie wisienką na torcie w stylu klasycznym. Podobnie jak coraz liczniejsza pod sceną publiczność bawiłem się świetnie, ani na chwilę nie przestając tańczyć (obawiam się, że śpiewać też nie). W ramach bicia się w pierś zapewniam, że do przyszłych koncertów Skautów podejdę z należnym im entuzjazmem, którego w minionych latach niejednokrotnie mi brakowało.

Trzecim zespołem jaki zagościł na ostródzkiej scenie byli toruńscy CT-Tones, czyli ekipa sięgająca swoimi korzeniami do nieistniejącej, acz przez wielu czule wspominanej załogi Skapoint. Błędem byłoby jednak oczekiwać repertuaru w znanym sprzed lat stylu. Teraz jest dużo bardziej klasycznie, jamajsko i bujająco. Mógłby kogoś zaboleć brak sekcji dętej. Zapewniam jednak, że perkusja, gitara, bas i klawisze, których rola jest tu nie do przecenienia, doskonale wywiązują się z zadania stworzenia na scenie w pełni karaibskiego klimatu. Instrumentalistów uzupełnia równie piękna, co uzdolniona wokalistka, która ze swoją barwą głosu naprawdę ładnie spisuje się w oldchoolowym repertuarze rodem ze słonecznej wyspy. Jakkolwiek mam do niej pewne drobne, choć bliżej niesprecyzowane zastrzeżenia związane chyba głównie z pojęciem scenicznego luzu, pozostaje faktem, że śpiewa świetnie, a rano po całej imprezie to właśnie "Chasing Soul" w jej wykonaniu uparcie chodziło mi po głowie. I tym razem występ występ wzbogacił muzycznie charyzmatyczny Skadyktator, ochoczo odsłaniając przed publicznością elementy ska-absolutu. Ten koncert również nie pozwolił odpocząć nieźle już roztańczonym nogom. Chcę więcej i bez wątpienia skorzystam z okazji, by znów zobaczyć i usłyszeć CT-Tones w akcji.

Jako gwiazda wieczoru wystąpili warszawscy The Bartenders. O tej formacji przez siedem lat jej działalności powiedziane zostało już naprawdę wiele i w głównej mierze były to całkiem zasłużone peany i komplementy. Koncert w Ostródzie w doskonałym stylu przypomniał, że w temacie polskiego ska-jazzu Barmani wciąż nie mają sobie równych. Swoją dzesięcioosobową siłą bez trudu zaspokoili wszelkie oczekiwania publiczności, która potrafiła docenić przekrojowy repertuar. Nie zabrakło klasycznych już numerów jak "I Need You", "Foton 4 A.M.", czy niezmiennie poruszająca mnie "Kattorna", będąca coverem utworu Krzysztofa Komedy. Jak zawsze w ich przypadku podkreślić trzeba rolę trzyosobowej sekcji dętej (trąbka, puzon, saksofon), która bez trudu mogłaby zawstydzić niejednego jazzowego wyjadacza. Earla Jacoba w roli wokalisty pochwalić wypada za fajny kontakt z publicznością w charakterystycznym, nieco zblazowanym stylu. Popisy The Bartenders stanowiły perfekcyjne wręcz zwieńczenie koncertowej nocy i na pewno jeszcze na długo zostaną w pamięci zgromadzonych fanów.

Koniecznie trzeba zaznaczyć fantastyczną postawę publiczności przez cały czas trwania imprezy. Ponad 600 sprzedanych biletów jednoznacznie daje do zrozumienia, że pod sceną nie było zbytniego luzu. Tymczasem próżno doszukiwać się tam było typowych dla takich tłumków ekscesów spod znaku pogo, czy jakichkolwiek wyraźniejszych objawów koncertowej agresji. W myśl przykazania Skadyktatora "ska się tańczy, a nie poguje" wszyscy zachowywali się wręcz wzorowo, do aktywności tanecznej dołączając co najwyżej śpiew. Po koncercie Bartendersów przez długi czas nikomu nawet nie przyszło do głowy, żeby oddalić się spod sceny. Po chwili rozpoczęło się bowiem afterparty, za które odpowiedzialni byli doskonale znani lokalnej publiczności Husky i Real Cool Sound. Ich selekcja jamajskich smakowitości okraszona solidną porcją wokalnych popisów sprawiła, że parkiet jeszcze długo był pełny. Ostatnie dźwięki rarytasów z gatunku ska, rocksteady i reggae ucichły dopiero około piątej nad ranem. Zapewniam, że ci, którzy zostali do końca, nie byli ani trochę znudzeni.

Nawiązując do wstępu relacji, mam szczerą nadzieję, że tym razem uda się przekuć ten wyjątkowy sukces w wydarzenie o charakterze cyklicznym. Byłoby naprawdę miło i zupełnie zdrowo, gdyby na koncertowej mapie Polski pojawił się w końcu świetlisty ska-punkt, który wzorem licznych festiwali reggae nie zgasłby po jednym, czy dwóch sezonach. Po tym, co zobaczyłem w Ostródzie, nie wyobrażam sobie, żeby za rok (lub może nawet wcześniej) miało nie być powtórki, a w świetle oszałamiającej frekwencji ponoworoczny sezon zimowy uważam za wyjątkowo sprzyjający tego typu przedsięwzięciom. Niezależnie jednak od optymistycznych perspektyw jakie ma przed sobą Ostróda Ska Reggae Stomp, data 25 stycznia 2013 na stałe zapisała się już w historii polskiego ska i jeszcze długo będzie wspominana przez szczęśliwych uczestników tego wydarzenia.

2013-01-28 - Michał Budzikpowrót »